Tak wyglądał mój wieczór panieński

Mój wieczór panieński odbył się w sobotę, 11 maja 2019 r., dokładnie 2 tygodnie przed ślubem. Dzień wcześniej zameldowałam się na noc u mamy, ponieważ w naszym mieszkaniu miał miejsce before wieczoru kawalerskiego. Oglądałyśmy filmy, piłyśmy winko i na koniec wykorzystałam fakt, że w przeciwieństwie do mnie mama posiada wannę, więc wzięłam długą, pachnącą, odprężającą kąpiel.

Rano pojechałyśmy z mamą do hurtowni, by złożyć zamówienie na kwiaty do dekoracji sali i ślubnych bukietów. Jestem prawie pewna, że nakupowałam też dodatkowych pierdół do dekoracji. Po pracowitym poranku wylądowałam na próbnym makijażu, który niestety nie zachwycił mnie tak jak tego oczekiwałam, głównie ze względu na podkład. Ja na co dzień używam minimum kosmetyków do makijażu i nie lubię, kiedy moja skóra wygląda zbyt nienaturalnie. Podkład wraz z kolejnymi warstwami tapety prezentował się na mojej twarzy tragicznie – dziewczyny, właśnie dlatego róbcie makijaże i fryzury próbne! Ustaliłam z moją wizażystką, że w dniu ślubu nałożymy podkład na mokro oraz w mniejszej ilości, tak by efekt był jak najbardziej naturalny. Wizażystka rekomendowała też delikatne powiększenie ust makijażem, jednak ja lubię kształt moich ust, nawet jeśli komuś wydają się zbyt małe, i nie wyraziłam na to zgody. Co do makijażu oczu i brwi nie miałam żadnych zastrzeżeń, a resztę zmyłam po powrocie do domu i domalowałam po swojemu.

Wymęczona porannymi atrakcjami i rozemocjonowana, przygotowałam na szybko tartę ze szpinakiem, pomidorkami koktajlowymi i fetą na wieczór, zrelaksowałam się i oczekiwałam na księcia z bajki… a nie, to tylko świadek w zmowie z dziewczynami podjechał po mnie jako osobisty szofer, by zawieźć mnie na miejsce imprezy 😉 Pojechaliśmy również do pobliskiej miejscowości po jedną z uczestniczek, która z powodu osobistych zawirowań nie wyrobiła się na wcześniejszy transport.

W tym czasie dziewczyny uwijały się, dopinając wszystko na ostatni guzik. Wieczór panieński odbył się w miejscowości oddalonej od mojego miasta o ok. 30 km. Właściwie rzut beretem, choć przez budowę nowej S6 porobiły się objazdy i niekoniecznie spodziewane przeszkody na drodze. Pojechaliśmy na pamięć i jakieś 3km od celu podróży napotkaliśmy… barierki i koniec asfaltu. Zawracaliśmy więc o połowę trasy i musieliśmy wyjechać w innym miejscu. Trochę się stresowałam, że spóźnię się na własny wieczór panieński, ale dziewczynom było to bardzo na rękę, ponieważ miały jakieś problemy techniczne 😉

Tutaj mała dygresja z mojej strony: domki letniskowe, w których organizowałyśmy wieczór panieński, należą do jednej z uczestniczek imprezy i osobiście uzgadniałam z nią dzień i listę zaproszonych oraz to, że będzie ognicho. Jednak od tego miejsca pałeczkę przejęła świadkowa i nie wiedziałam nic więcej poza tym, oraz że każda ma przynieść coś do jedzenia i picia. 

Świadkowa bardzo obawiała się pogody, co zawsze jest czynnikiem ryzyka przy wydarzeniach organizowanych na świeżym powietrzu. Prognozy nie były zbyt zachęcające, więc już na kilka dni przed zmieniłyśmy koncepcję zwiewnych sukienek na coś odpowiedniego na chłodny wieczór przy ognisku. Powiedziałam jej, że założę dres z logo Batmana zalegający w domu. Będę wyglądać śmiesznie, ale przynajmniej wyróżnię się jako przyszła panna młoda. Uzgodniłyśmy, żeby każda z dziewczyn założyła po prostu coś, w czym nie zamarznie.

Jakie było moje zdziwienie, kiedy w końcu dojechaliśmy na teren ośrodka, a zza potężnych choinek wyskoczyło do nas… dwanaście podskakujących, roześmianych, pokrzykujących oszołomów wystrojonych w pasujące do mojego kombinezony w zwierzęce wzory i różnorakie peruki, uszy, gadżety i nie wiadomo jeszcze co?! Przyjaciółka która jechała ze mną samochodem tylko się szczerzyła, ponieważ swój kombinezon dla niepoznaki trzymała schowany głęboko w torbie. 

Powiem szczerze, że popłakałam się ze śmiechu i wzruszenia, było tak kolorowo, pięknie, radośnie, a niespodzianka mega mnie zaskoczyła i oczywiście spodobała mi się! Chwilę zajęło mi rozróżnienie która z dziewczyn jest którą. Wszystkie wyglądały jak najpiękniejsze na świecie cudaki. Ta niespodzianka była dowodem na to, jak drobnym elementem można wyczarować coś niesamowitego nawet przy niekorzystnej pogodzie. Dziewczyny przyznały się, że stroje albo miały w domu, albo pożyczyły od kogoś, albo kupiły w lumpeksie za grosze, więc nie był to zbyt obciążający finansowo element.

Świadek taktycznie się oddalił, a u nas zaczęła się zabawa. Mimo zapowiadanych przelotnych opadów, towarzyszyło nam co chwilę fajne słoneczko. Chwilę zaczęło docieranie się towarzystwa, ponieważ część dziewczyn nigdy wcześniej nie widziała reszty, ale powiem Wam z perspektywy czasu, że te kostiumy były świetnym sposobem na przełamanie lodów. 

Po pierwszych drinkach i napełnieniu brzuchów pysznym jedzonkiem, odwiedził nas niespodziewany gość. Wjechał motocyklem w środek naszej imprezy, wystrojony w czarno-zielony kostium z ozdobnym dekoltem po pępek i peruką a’la indiańskie warkocze na głowie, i oświadczył, że będzie nam robił zdjęcia.

Przyznam, że sesja zdjęciowa była moim skrytym marzeniem jeśli chodzi o wieczór panieński, ale jestem prawie pewna, że nie pisnęłam o tym ani słowa. Dziewczyny po raz kolejny trafiły w dziesiątkę – a co mi tam, nawet w stówkę trafiły! Wybraliśmy się na pobliskie pole rzepaku, gdzie zostały uwiecznione nasze przegenialne stroje i dzikie rytualne harce. Myślę, że w drodze na pole i z powrotem postawiłyśmy całą wioskę na nogi. Ludzie przejeżdżający akurat samochodami zwalniali i przyglądali się nam lub trąbili, a mieszkańcy wyglądali nieśmiało ze swoich posesji, żeby przekonać się osobiście co to za wielobarwny korowód.

Przed zachodem słońca zrobiliśmy jeszcze szybką sesję przy ognisku oraz na tle domków. Moją niespodzianką dla dziewczyn był Instax – plan był taki, żeby zrobić tyle zdjęć grupowych ile dziewczyn i każda miała otrzymać fotografię na pamiątkę. Niestety, nad czym bardzo ubolewam, plan nie wypalił, ponieważ było już zbyt słabe światło, a my stałyśmy za daleko od obiektywu. Wyszło tylko kilka pierwszych zdjęć, a reszta pozostała czarna. Nie odpuściłam jednak pomysłu z pamiętką, więc po otrzymaniu zdjęć z sesji wywołałam mały pakiecik czterech fotek dla każdej i dostarczyłam je w kopertach.

W trakcie sesji otrzymałam od dziewczyn w prezencie bon na biżuterię oraz osobno od świadkowej śliczny zestaw dzbanuszka z kubkiem i herbatką na pamiątkę.

Później odbyły się przygotowane przez świadkową konkurencje. Podzieliła dziewczyny na dwa zespoły, rozdała rolki papieru, zaprosiła mnie z pierwszym zespołem do namiotu (przygotowanego na wypadek deszczu) i… dała 20 minut na zaprojektowanie i przygotowanie na żywej modelce, czyli na mnie, najpiękniejszej sukni ślubnej. Po 20 minutach i krótkiej sesji zdjęciowej do pracy przystąpił drugi zespół. Na koniec jako niezależne, jednoosobowe jury wydałam werdykt i zwycięski zespół otrzymał słodkie upominki. Nie spodziewałam się, że ta zabawa wypadnie tak super i będzie przy niej tyle śmiechu. Szczerze polecam ją zorganizować.

Pamiętam też, że miałyśmy jakąś konkurencję polegającą na jak najszybszym założeniu rajstop na te nasze cudaczne kostiumy, co wcale nie należało do prostych. Na koniec, już było wtedy bardzo ciemno, zorganizowałyśmy przy ognisku kalambury ze ślubnymi hasłami, a hasło “noc poślubna” do tej pory wywołuje w nas wszystkich atak śmiechu na wspomnienie pomysłowej inscenizacji. Możliwe że uskuteczniłyśmy też inne zabawy, lecz właśnie te zapadły mi w pamięć najbardziej.

Po północy zrobiło się już bardzo zimno i powoli zaczęłyśmy rozchodzić się do dwóch przygotowanych domków. Ja dotarłam do swojego chyba około drugiej, i gadałyśmy z dziewczynami jeszcze do czwartej. Rano spotkałyśmy się znów przy ognisku, gdzie wypiłyśmy kawkę i spałaszowałyśmy śniadanie. Plus wyjazdów na nocleg z samymi kobietami (z których część na dodatek ma już dzieci) jest taki, że każda pomyśli o kawie, śniadaniu, i o tym żeby nikt nie był głodny. Nie zabrakło pysznego jedzonka i ciast na deser. 

Około południa wysłałyśmy magiczny sygnał do chłopaków, że mamy dużo resztek i zapraszamy na dojadanie. Okazało się, że trzech facetów: pan młody, świadek oraz narzeczony świadkowej, byli w zmowie i tylko czekali pod bramą na sygnał, na który wjechali po kolei – każdy swoim samochodem – wprost na naszą babską imprezę. Chyba zgłodnieli.

Później dojechało jeszcze paru głodnych mężczyzn i wymietli nasze resztki do czysta. Oni wszyscy chyba się na to umówili.

Podsumowując powiem Wam, że ten wieczór panieński był spełnieniem moich marzeń. Nie wyobrażam sobie lepszego i nie chciałabym zamienić go na żaden inny. Kluczem do sukcesu była – według mnie – współpraca ze świadkową i wspólna wizja co do ogólnego przebiegu, ponieważ miał to być po prostu swobodny, babski wieczór. Zostałam zaskoczona strojami, sesją zdjęciową, panującą atmosferą i tym, jak szybko mijały kolejne godziny. Gdybym miała przeżyć mój wieczór panieński po raz kolejny, nic bym w nim nie zmieniła. Moje dziewczyny spisały się na medal i jestem prawdziwą szczęściarą, że je mam!

Chętnie poczytam również o Waszych wieczorach panieńskich. Zostawcie ślad w komentarzach, jak to było u Was? A może dopiero planujecie wieczór panieński? Koniecznie dajcie znać!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *