Site Loader
największe minusy mieszkania w kawalerce we dwoje

Idź na swoje, mówili. Będzie fajnie, mówili. Nieważne jakie mieszkanie, nieważne gdzie, ważne że razem! I tak padło na niedrogą kawalerkę w centrum. Miała to być opcja na chwilę, a zaraz stukną nam trzy lata. I nie zapowiada się na ekspresową wyprowadzkę. No cóż, może i na początku było rzeczywiście fajnie, ale szybko okazało się, że istnieją przeszkody nie do pokonania. Oto – moim zdaniem – największe minusy mieszkania w kawalerce we dwoje:

Brak prywatności

I to TOTALNY brak prywatności. Żeby porozmawiać na osobności przez telefon z przyjaciółką, muszę wychodzić do łazienki lub na balkon (i dzięki Bogu, że w ogóle jest ten balkon!). Kiedy któreś z nas przegląda sobie coś na laptopie czy na telefonie, drugie chcąc nie chcąc zagląda przez ramię. Nie ma opcji udania się w odosobnione miejsce i spędzenia paru chwil we własnym towarzystwie – no chyba że w łazience, ale jest to pewne jak w banku, że już za chwilę ta druga osoba będzie z niej KONIECZNIE czegoś potrzebować.

Wiecznie na widoku, pod stałą obserwacją, ja wiem wszystko o nim, on wie wszystko o mnie. Takie rzeczy jak oglądanie telewizji czy chwila relaksu musimy uzgadniać wspólnie, bo przed wyciem telewizora czy głośnej muzyki z głośników nie ma ucieczki. Nie da się równocześnie czytać książki o rozwoju osobistym i oglądać kabaretów w TV. NIE MA MOWY, że któreś z nas się wyłamie i będzie robić coś innego, niż to drugie. No chyba że wyjdzie z domu. Droga wolna.

Brak wydzielonych stref

Zapewne w mieszkaniach z większym metrażem zachowanie podziału stref jest możliwe, ale nie u nas, na 26 em kwadrat. DWA LATA walczyłam o stół 85x85cm i dwa krzesła, aby móc jak człowiek zjeść obiad – nie na kolanie na kanapie, nie pochylona jak Gollum nad stolikiem kawowym i nie na niewygodnym hokerze przy barku. Kontrargument brzmiał – nie mamy miejsca, nie wymyślaj. Ale w końcu faceta urobiłam, zaryzykowałam i upchnęłam. Stoi. Sprawdza się. I nawet kolację przy świecach można zjeść, normalnie nożem i widelcem, to dopiero luksus!

Prawdziwy stół poprawił nieco nasz standard życia, lecz niewystarczająco. O tym dotkliwie mogliśmy się przekonać na początku pandemii, kiedy pracowałam zdalnie. Mieszkanie, spanie, jedzenie, praca i odpoczynek W JEDNYM POMIESZCZENIU to stanowczo za dużo. Na stole miałam wiecznie rozwalone papiery i laptopa, więc o jedzeniu w tym miejscu nie mogło być mowy. Jeśli chciałam normalnie zjeść, to musiałam wszystko pochować na swoje miejsce – czyli do szafy i szuflad. A później jeszcze raz wyciągnąć. Ooo, a ja nie lubię chować i wyciągać. Bardzo, bardzo tego nie lubię, o czym przekonacie się na końcu tego wpisu. 

Naprawdę próbowałam z całych sił oddzielić pracę od życia prywatnego. Ale jak to zrobić, kiedy kanapę, będącą równocześnie łóżkiem, dzieli od stołu, przy którym jem i pracuję, niecałe pół metra? Poza tym ostatnio zdecydowanie częściej spędzam czas przy laptopie (np. pisząc ten wpis) i naprawdę, naprawdę coraz bardziej przeszkadza mi takie “niechlujne” życie w obrębie kilku metrów kwadratowych.

A poza tym… proszę Was. Siedząc na kanapie oprócz telewizora widzę prawie całą kuchnię po lewej i przedpokój po prawej, na który wiecznie są otwarte drzwi do łazienki. A jak ktoś korzysta z toalety, to naprawdę, naprawdę wszystko słychać i czuć. Zresztą jak coś się gotuje w kuchni, to całe mieszkanie jeszcze długo, długo tym pachnie (lub śmierdzi, to zależy). Czasem mam wręcz wrażenie, że te ściany kurczą się jak w jakimś filmie akcji i napierają na mnie ze wszystkich sił. I to ma być wygodna przestrzeń do życia?

Robienie rzeczy, na które nie mam ochoty i nierobienie tych, na które mam ochotę

Mąż ogląda program motoryzacyjny albo gra w strzelankę? Super. Czy mi się to podoba, czy nie, uczestniczę w tym razem z nim. Wieczorem przychodzi jego kolega, a mi kleją się oczy po ciężkim dniu – świetnie, nie ma opcji przeprosić i pójść spać, dopóki nie pożegnamy wszystkich gości. Chcę wstać wcześniej i spędzić chwilę sama ze sobą z kawą – mąż już otwiera oczy i przyłącza się do kawowania, bo ekspres go obudził. Chcę zasnąć wcześniej, bo ostatnio za krótko sypiam, ale chcąc nie chcąc (bardziej nie!) zostaję wciągnięta w intrygę na ekranie telewizora. Mąż rozkłada się po obiedzie na kanapie i uskutecznia drzemkę – jeszcze lepiej – nie klikaj na klawiaturze bo denerwuje, nie tłucz się w kuchni bo budzisz, nie oddychaj bo za głośno. No to co robię? Wyciągam sobie książkę albo telefon i siedzę jak trusia.

Oczywiście to wszystko działa w dwie strony, nie myślcie sobie, że ja taka biedna uciemiężona! Z mojej strony lecą wieczne teksty: ścisz ten telewizor, bo nie mogę się skupić (a przecież tutaj akcja! Jak to ściszyć?!). Wstawaj z tej kanapy, bo nie mam gdzie usiąść. Wyłaź z tego kibla, bo muszę się przygotować do wyjścia. Zabieraj te swoje rzeczy ze stołu, bo nie mogę rozłożyć laptopa. Spływaj z tej kuchni, bo teraz ja tu jestem i nie ma miejsca. Nie, nie możesz oglądać na głos youtuba, bo ćwiczę jogę. 

Nawet nie możemy się normalnie pokłócić i udać w odosobnienie, bo ciągle się widzimy. A jedyne drzwi, którymi mogę sobie trzasnąć, to te od łazienki. Nie wiem jakim cudem jeszcze się nie pozabijaliśmy.

Wszystko na widoku

W naszym mieszkaniu nie ma takiej przestrzeni, w której można by coś naprawdę schować. Kiedy przychodzą goście, musimy posprzątać na błysk, bo wszystko jest na widoku. Mamy zdecydowanie za mało miejsca do przechowywania, mimo że i tak się polepszyło, od kiedy kilka miesięcy temu została zamontowana szafa na wymiar. Mówię Wam, nie ma takiej opcji, żeby coś nie kłuło w oczy. Nawet jeśli jest schowane do szafy, prędzej czy później wyjdzie na wierzch. A jeśli nie wyjdzie, to na pewno coś będzie trzeba wyjąć z szafy. Natomiast po jej otwarciu goście z kanapy mają piękny, panoramiczny widok na miliony rzeczy na półkach. 

Zawsze gdzieś na wierzchu będzie leżeć szmatka, ścierka, kable, kartony soków, papiery, laptop, żelazko, suszarka z praniem, siatka z plastikami itd. A zapomniane naczynia w zlewie są idealnie widoczne z kanapy.

Wiele osób mówi, że im mniejsze mieszkanie, tym trudniej utrzymać czystość, i ja się z tym w pełni zgadzam. Bo u nas nie ma czegoś takiego jak osobne pomieszczenie “reprezentacyjne”, w którym to tylko kwiatki, dekoracje i ciasteczka na stole. W naszej przestrzeni jest wszystko naraz, i to co ładne, i to co brzydkie/wstydliwe/prywatne. Wszystko na wierzchu. Nie chodzi tu tylko o sytuacje, gdy przyjmujemy gości, ale o takie normalne, codzienne funkcjonowanie, gdzie szlag mnie trafia, bo ja tu się zabieram za elegancką kolację, a suszarka z praniem w oczy kole.

Wszystko wspólne

Spędzanie czasu wolnego – tak, o tym już pisałam. Jak oglądamy TV to wspólnie, jak nie oglądamy to też wspólnie. Jak pijemy kawę to razem, bo osobno się nie da. Jak wstajemy to razem, jak idziemy spać to razem. Również jak jedno z nas jest przeziębione, to drugie ma współudział w tej nieprzyjemnej atmosferze. Wspólni są też wszyscy goście, bo nie da się wiecznie wychodzić z domu akurat kiedy trzeba. I powiem Wam, że są momenty, kiedy po prostu wywaliłabym tego mojego faceta przez okno, byle tylko wyłączyć to cholerne pudło, odpalić relaksującą muzyczkę, świeczki, zakopać się w pościeli i czytać książkę. SAMA. Ale żeby nie było: tak normalnie to ja go mocno kocham 🙂

Brak tajemnic

To jest powiązane z punktami brak prywatności i wszystko na wierzchu. Spróbujcie sobie wyobrazić, jak tu ukryć zakup kolejnej w tym miesiącu sukienki? Albo obejrzeć żenujące romansidło dla nastolatek, lub schować gdzieś prezent świąteczny? Jak składować kolejne słoiki do wciąż niewykonanych przetworów, które mąż wyrzuca, bo uważa, że nie są potrzebne? Jak ukryć zjedzenie paczki chipsów, a miały być tylko owocki i warzywka? Jak porozmawiać z dzwoniącą z problemem koleżanką, kiedy radary nastawione na pełen odbiór?

Ale na koniec opowiem Wam o jednej rzeczy, której najbardziej, najbardziej nienawidzę i jest największym minusem mieszkania w kawalerce:

Konieczność składania łóżka

Oooooo nie, ja i ścielenie łóżka od najmłodszych lat pałamy do siebie odwzajemnioną nienawiścią. A kiedy okazało się, że oprócz ścielenia, trzeba codziennie składać i rozkładać tę cholerną kanapę… i składać… i rozkładać… i wyciągać pościel… i rozkładać… później chować… składać kanapę… rozkładać… układać poduszki… ściągać poduszki… składać… rozkładać… Już na samą myśl jestem zirytowana i zmęczona.

Dlatego moje drogie nie mogę się doczekać wyprowadzki z tej przeklętej kawalerki i zamieszkania w domu… w którym na pewno też znajdę sobie coś do przeklinania. A co to będzie, przekonamy się za kilka lat. A na razie buziaki, trzymajcie się! I nie wprowadzajcie do kawalerki. Nie róbcie sobie tego. My się jeszcze nie pozabijaliśmy, ale kto wie…

Karolina

One Reply to “Największe minusy mieszkania w kawalerce we dwoje”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ślub i wesele

Dom

Rodzina