Site Loader

Przychodzi taki czas w życiu, gdy pojawia się myśl o swoim miejscu na ziemi. Nieważne czy jesteście singlami, czy też planujecie uwić gniazdko z drugą połówką – ile można mieszkać z rodzicami, albo ile można wynajmować? My również dotarliśmy do momentu w życiu, kiedy stwierdziliśmy: “hej, jesteśmy razem już tyle lat, wynajmujemy małą kawalerkę i płacimy za to niemałe pieniądze, odłożyliśmy trochę oszczędności – to odpowiedni czas na coś swojego!”

Schody pojawiły się w momencie dookreślenia tego “swojego miejsca”. Mąż koniecznie chciał pójść na swoje jak najszybciej i jak najmniejszym kosztem – dla niego dwa pokoiki na czwartym piętrze w nieciekawej okolicy to nie problem, najważniejsze że własne. Ja wyszłam z innego założenia – skoro decydujemy się na coś swojego, planujemy wspólne życie, i tak będziemy musieli wziąć kredyt, co uziemi nas na co najmniej kilka-kilkanaście lat, to zróbmy to tak, żeby było jak najbardziej perspektywicznie. W bliżej nieokreślonej przyszłości pojawią się dzieci, a ja nie chcę rezygnować z sypialni i znów spać i funkcjonować cały dzień w jednym pokoju (wątpliwe uroki kawalerki). Potrzebujemy trzech pokojów. 

Poza tym zależało mi na ładnej okolicy, niższym piętrze, bliskim sąsiedztwie sklepu, przystanku autobusowego, przychodni, przedszkola, a no i oczywiście musi być balkon, a najlepiej duża loggia, widna kwadratowa kuchnia, sypialnia z oknem na wschód, komfortowa piwnica na rowery, no i metraż żeby taki nie mikroskopijny… 

Ostatecznie część moich argumentów przekonała drugą połówkę i zaczęliśmy szukać trzech pokojów. 

Dlaczego mieszkanie?

W pierwszym etapie nawet nie pomyśleliśmy o tym, że moglibyśmy zdecydować się na dom. Przyzwyczailiśmy się do wygodnego życia w bloku, gdzie nie trzeba odśnieżać, kosić trawy, można bez obaw wyjechać na wakacje oraz dotrzeć w kilka minut do centrum. Moja droga do pracy zajmuje piechotą 15 minut, mąż dojeżdża samochodem w 10. Zaraz za rogiem mamy przystanek autobusowy, z którego odjeżdża naprawdę sporo linii w dowolnym kierunku. Kilka kroków od domu mamy pokaźny Kaufland, a jeszcze bliżej Stokrotkę na drobne zakupy. Obok Stokrotki stoi mój paczkomat, do którego najczęściej zamawiam przesyłki. W ramach karnetu mam wybór dwóch siłowni i dzieli mnie do nich podobna droga, którą mogę pokonać autobusem lub nawet na pieszo. Jest to naprawdę wygodne życie, z którego ciężko będzie zrezygnować. I myśląc o przyszłości, kierowaliśmy się potrzebą zachowania tych wszystkich udogodnień. Poza tym myślałam o naszych przyszłych dzieciach – żeby miały przyjazne osiedle, blisko do przedszkola, szkoły, na autobus, dużo miejsca do spacerów, place zabaw i inne atrakcje.

Kolejną sprawą był aspekt ekonomiczny, ponieważ towarzyszyła nam pewność, że nie stać nas na własny dom: ani na kupno starego do remontu, ani na wybudowanie nowego. Gdzieś w naszych myślach pojawiał się kawałek ziemi, ale to dopiero w odległej przyszłości. Stwierdziliśmy, że jeśli będziemy mieć taką potrzebę, to zaczniemy od ogródka działkowego, gdzie posadzimy warzywa, owoce, piękne kwiaty, drzewa i krzewy, będziemy mogli odpoczywać, opalać się i grillować. Wszystko po kolei. Dopiero rozpoczynamy wspólne życie, jesteśmy młodzi, wszystko przed nami.

Poza tym budowa domu to nie tylko większe koszty, ale i większe nerwy oraz dłuższy czas oczekiwania. Nie chcieliśmy podejmować się zadania inwestorów, zwłaszcza że w tamtym momencie trwały w najlepsze przygotowania do naszego ślubu i nie potrzebowaliśmy więcej nerwów. Chcieliśmy pójść na prawdziwie swoje jak najszybciej, a nie za dwa czy trzy lata, i nie zrujnować się przy tym ekonomicznie, psychicznie i fizycznie.

Photo by Ján Jakub Naništa on Unsplash

Co się zmieniło?

Po pierwsze ceny mieszkań gwałtownie poszybowały w górę. Szybko okazało się, że w naszym limicie cenowym nie znajdziemy niczego ciekawego, nawet po obniżeniu wymagań i zrezygnowaniu z kilku ważnych (głównie dla mnie) aspektów. Podwyższyliśmy nasz limit finansowy i zaczęliśmy oglądać – pierwsze, drugie, piąte, dziesiąte. W każdym było coś nie tak. Jak nie zbyt wąska kuchnia, to stare grzejniki i okna do wymiany, albo znów ostatnie piętro, albo wieżowiec, albo okolica nie taka, albo całkowity brak balkonu, a przecież marzyłam o mini ogródku i stoliku z krzesełkiem, by chociaż napić się na nim kawy! Albo za mały metraż, bo 45 m2 na trzech pokojach, albo zbyt duży, bo po co nam aż 70? Albo za duży czynsz, albo brak parkingu, albo ruchliwa ulica, albo większość okien na północną stronę. Oglądaliśmy mieszkania w starszym budownictwie, nowszym, a nawet deweloperskie. A w czasie naszego tournee ceny wciąż rosły…

Wreszcie znaleźliśmy mieszkanie naszych marzeń. Co prawda nie spełniało wszystkich kryteriów, ale czuliśmy się w nim dobrze, znajdowało się w upatrzonej okolicy, na trzecim piętrze a więc nie ostatnim, w miarę zadbane, więc niewymagające remontów na dzień dobry, w rozsądnej cenie i z przemiłymi właścicielami. Bierzemy! Co mogło pójść nie tak?

Ano to, że toczyło się postępowanie spadkowe. Właścicielka z córką zapewniały, że miesiąc-dwa i po sprawie. Minęły dwa miesiące. Trzy miesiące. Na nasze telefony dostawaliśmy wymijające odpowiedzi. W końcu zaczęliśmy naciskać na spisanie umowy przedsprzedaży, by mieć pewność, że mieszkanie nam nie przepadnie. Po kilku dniach dostaliśmy smsa, że na razie wycofują się ze sprzedaży…

Był to mega cios w szczególności dla mnie. Niestety ja się bardzo szybko zapalam, rozkręcam, planuję, a później bardzo przeżywam, jeśli coś poszło nie po mojej myśli. Po paru dniach pozbierałam się, weszłam na stronę z ogłoszeniami i… mieszkanie w bloku obok, o takim samym układzie i metrażu, w takiej samej cenie, w podobnym standardzie, za to piętro niżej. Super! Najwyraźniej było nam to pisane! Przeszczęśliwi umówiliśmy się na wizytę, później na drugą z rodzicami, a na trzecią przyszliśmy z papierami do podpisania umowy przedwstępnej… hola, hola, nie może być tak pięknie. Nauczeni doświadczeniem od razu dopytaliśmy, czy mieszkanie jest dostępne od ręki i nie ma żadnych obciążeń, na co otrzymaliśmy odpowiedź że jak najbardziej, oni tu już praktycznie nie mieszkają, mogą się całkowicie wynieść w ciągu kilku dni. Idealnie, lecz nagle właściciele zaczęli coś kręcić, przedłużać, prosili o więcej czasu, mieli odezwać się za tydzień i… kontakt się urwał.

Po tych dwóch mieszkaniach ciężko nam było znaleźć coś, co odpowiadałoby nam w podobnym stopniu. Wszystkie mieszkania porównywaliśmy do tych. Nie chcieliśmy mniejszego metrażu, gorszej okolicy, brzydszego widoku za oknem, wyższej ceny. Ze zdecydowanie mniejszym entuzjazmem przeglądaliśmy kolejne oferty, czas płynął, a ceny wciąż rosły…

Photo by Wynand van Poortvliet on Unsplash

Otrzymaliśmy telefon

Nasza znajoma zadzwoniła do nas z pytaniem, czy przypadkiem nie interesowałby nas dom, ponieważ jej przyjaciółka odziedziczyła stary, niewielki domek po babci, który zamierza sprzedać, i ze względu na sentyment chce, żeby trafił w dobre ręce. Na początku pomysł ten przyjęliśmy z niechęcią, ale postanowiliśmy przynajmniej go zobaczyć.

Był to dom poniemiecki, zaniedbany, urządzony typowo staromodnie. Poddasza nie używano od wielu lat, piwnica zarosła pajęczynami, ogród trochę się zapuścił, szklarnia i szopa wymagały reanimacji. Podłogi do natychmiastowej wymiany, ściany do poprzestawiania, a co najgorsze wymiany wymagały wszystkie instalacje. Jednak stało się coś, czego się nie spodziewałam – zobaczyliśmy tam ogromny potencjał.

Domek był mały, zgrabny, przytulny, o klasycznej kwadratowej bryle, ze stromym dachem i wymarzonym przeze mnie poddaszem. Znajdował się niezbyt daleko od centrum. Co prawda nie braliśmy pod uwagę tej okolicy, ale nie braliśmy pod uwagę także domu. Szklarnia i grządki niespodziewanie obudziły we mnie chęć posiadania własnego kawałka ziemi. Poza tym już widziałam, w którym miejscu wstawimy przeszklone drzwi, położymy deski tarasowe, o a do tamtego drzewa przymocujemy hamak, a z tej szopy zrobimy garaż, a tam na górze przy schodach jest idealne miejsce na wielką szafę i wnęka na wygodny fotel do czytania… Dom zdecydowanie posiadał klimat. Liczyliśmy się z tym, że cena jest wyższa niż mieszkania, a to jeszcze nie wszystkie wydatki, bo doprowadzenie go do stanu używalności pochłonie sporo funduszy. Ale zakochaliśmy się w nim i przysięgliśmy, że zrobimy wszystko, by stał się naszym rajem.

Niestety nie tylko my się w nim zakochaliśmy, a inny chętny płacił od ręki gotówką, także sorry, ale sami rozumiecie…

W takim razie stworzymy sobie nasze miejsce sami

Po tym, jak wizja własnego domu choć na chwilę stała się dla nas realna, nie wyobrażaliśmy sobie już kupna mieszkania. Otworzyła się przed nami zupełnie nowa perspektywa. Nie ma miejsca dla nas? No problem, wybudujemy je. Będzie dokładnie takie, jak sobie wymarzymy i nie powstrzymają nas żadne ograniczenia. Będę miała swoją sypialnię na poddaszu pod skosem, z oknem wychodzącym na wschód. To my zdecydujemy, jakie wymiary i kształt będzie miało każde pomieszczenie oraz wybierzemy ich wystrój. Stworzymy swój taras, na którym owinięta w kocyk wypiję kawę w pierwszych promieniach wschodzącego słońca. Posadzimy własne rośliny ozdobne oraz piękne drzewa i krzewy owocowe, dzięki którym zrobię własne przetwory, a także warzywa: szpinak, rukolę, pomidorki koktajlowe… W ogrodzie będą kiedyś bawić się nasze dzieci. I pies. Będziemy wolni i niezależni. Bez regulaminów spółdzielni, bez wiecznych podwyżek czynszu, bez irytujących sąsiadów tuż za ścianą, bez błędnych decyzji wystrojowych popełnionych przez poprzednich właścicieli.

Photo by Mr.Autthaporn Pradidpong on Unsplash

Schody czaiły się także tutaj

Decyzja podjęta, no to chyba tym razem wszystko pójdzie gładko? O nie, znalezienie odpowiedniej działki wcale nie jest takie proste. Ba, nawet znaleźliśmy, bo czemu by nie? Pierwsza co prawda w sąsiedniej miejscowości, ale dostatecznie blisko granic miasta, połączona dogodną, niedawno zmodernizowaną drogą. Rzut beretem. Cena w porządku, okolica przepiękna, zaraz za granicą działki niewielki strumyczek i stare drzewa z duszą. Haczyk to media oddalone o 200m i współudział w niewybudowanej jeszcze drodze, ale co, nie damy rady?

Ano nie, bo okolica jest coraz popularniejsza i działki osiągają coraz wyższe ceny, właściciel niby chce sprzedać, no ale jeszcze się zastanawia, bo jakby tak pociągnął media, może utwardził drogę, to wartość by wzrosła, co nie?

Nie to nie, my mieliśmy dość niezdecydowania sprzedających. Bardzo szybko znaleźliśmy działkę w tej samej miejscowości, co prawda prawie dwa kilometry dalej, ale za to na wzgórzu z panoramicznym widokiem na miasto, wprost wymarzoną i zapierającą dech w piersiach. Co prawda droższą o dwadzieścia tysięcy, ale czym jest dwadzieścia tysięcy w perspektywie domu na długie, długie lata? Do takiej działki warto dopłacić. A nawet właścicielka okazała się konkretna i zdecydowana na sprzedaż. Troszkę się potargowaliśmy, trochę zeszła z ceny, trochę poudawaliśmy że nam nie zależy, ale ostatecznie umówiliśmy się na podpisanie umowy przedwstępnej i wpłatę zaliczki. Sprawdziłam wszystko co mogłam – prąd jest, gaz w trakcie kładzenia, wody brak, ale jest możliwość wybudowania niskim kosztem studni, ponieważ teren jest bardzo zasobny w dobrej jakości wodę. Droga gminna, piękna nazwa ulicy “Laurowa”, działka rzeczywiście wyodrębniona geodezyjnie z większego terenu, z wydanymi warunkami zabudowy, założoną księgą wieczystą, poza obszarem oddziaływania wiatraków i innych dziadostw. Na dodatek trzy kilometry od domu mojej mamy, więc moglibyśmy odwiedzać się nawet na pieszo! Nie mogłam uwierzyć w nasze szczęście. Tak, to nasze wymarzone miejsce, to tutaj osiądziemy. Właśnie dlatego nie wyszło nam z żadnym innym miejscem, ponieważ los szykował dla nas właśnie to. A wiecie, ja wierzę w przeznaczenie.

Kilka godzin przed spotkaniem coś mnie tknęło. W ogłoszeniu była informacja, że działka znajduje się w niedalekim sąsiedztwie drogi ekspresowej takiej i takiej. Co do pierwszej owszem, racja, dość blisko wjazd, ale na tyle daleko, że się nie niesie hałas, więc super. Ale ta druga… przecież ona nie przebiega tamtędy, tylko z zupełnie innej strony miasta. Coś jest nie tak. Weszłam na stronę Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad i wiecie co? Szlag by to trafił! Nowy przebieg tej drogi zostanie zaprojektowany około 300m od granicy tej działki i wpuszczony na węzeł z tą drugą.

Popłakałam się, naprawdę się mega poryczałam, zawodziłam jak w telenoweli. Z tej całej bezsilności, bezradności, nieuczciwości, z poczucia straty – bo to miejsce było naprawdę magiczne i wymarzone i nie chciałam już żadnego innego. Zaważył ten jeden defekt. Miałam serdecznie dość. Mało kiedy dopada mnie aż taka rezygnacja. Mąż zadzwonił do właścicielki z pytaniem o tę drogę, przerwała połączenie i nie oddzwoniła.

Gorsza opcja?

Mniej więcej w tym samym czasie, gdy oglądaliśmy tę wymarzoną działkę, mieliśmy na oku jeszcze jedną, w granicach naszego miasta, z trochę innej strony. Odrzuciliśmy ją ze względu na miłość do tej na wzgórzu oraz kilka aspektów: wąska i długa, skierowana na nieodpowiednią stronę świata, bardziej “płaska” okolica, gorsza droga dojazdowa, gorszy dostęp do mediów, no i przecież nie mogła się równać z tamtą!

Dzień po kolejnej porażce powiedziałam, że mam dość szukania i bierzemy to co zostało. Nie nastawiałam się zbytnio. Pamiętam, że mówiłam, że z naszym szczęściem i tak nam nie wyjdzie i już zawsze będziemy wynajmować kawalerkę, tak bardzo byłam rozgoryczona i zrezygnowana.

Tym razem wyszło.

Kupiliśmy działkę.

Zakochałam się w niej.

Photo by Marisa van Velzen on Unsplash

Zakochałam się w okolicy, ponieważ okazało się, że pobliskie pola i lasy oferują mnóstwo miejsc do jazdy rowerem czy spacerów, czego nawet się nie spodziewałam. Ciągle odkrywam nowe drogi i miejsca. Co ciekawe była to pierwsza okolica, o której jeszcze wiele lat wcześniej pomyślałam, że mogłabym wybudować tam dom, niestety ceny gruntów sięgały nieba. A tutaj niespodzianka za rozsądną kwotę, niższą niż działka na wzgórzu!

Nasi znajomi wybudują się kilka działek dalej. Zresztą wszystkie działki w okolicy bardzo szybko się wyprzedały i sąsiedzi zaczynają swoje budowy. Jest mnóstwo ludzi w naszym wieku, niektórzy już z dziećmi, inni jeszcze bez, ale mają je w planach. Z mediami nie było żadnych problemów, jedynie wody nie uda się na razie dociągnąć, ale wszyscy w okolicy budują studnie.

Geolog ocenił glebę jako jedną z lepszych w okolicy, idealną pod budowę domu.

Mamy plan zagospodarowania przestrzennego, który uchronił nasze marzenie przed rozsypaniem się, kiedy wybuchła afera z nową ustawą wiatrakową, która zablokowała budowy w kilku pobliskich miejscowościach. Jak dobrze, że nie rozważaliśmy działki w żadnej z nich!

Po perypetiach znaleźliśmy w końcu wymarzony projekt, i już nie możemy się doczekać, żeby rozpocząć budowę. Prawdopodobnie nasze fundamenty powstaną się tego lata. Mam mnóstwo pomysłów na naszą wymarzoną przestrzeń i przebieram nogami z niecierpliwości, aż będę mogła wprowadzić je w życie.

Początkowo zupełnie nie tak miała wyglądać nasza przyszłość, ale najwyraźniej właśnie to było nam pisane.

Dalsze losy naszych niespełnionych marzeń

Nie byłabym sobą, gdybym nie gdybała. Kiedy jestem przypadkiem w okolicy naszych niespełnionych marzeń, podglądam co się tam dzieje. Głównie z ciekawości, trochę z sentymentu, ale już bez większego żalu.

Co do pierwszego z opisywanych mieszkań to nie wiem, czy zostało ostatecznie sprzedane. Za to drugie do tej pory, po dwóch latach, ma okna zasłonięte czarną folią. Bardzo mnie ciekawi, co się z nim stało. Wygląda na to, że od długiego czasu stoi puste.

Do sprzedaży domku po babci nie doszło przez jakieś problemy finansowe oraz zawirowania prawne. Biedactwo niszczeje. Czasem spacerujemy koło niego, ponieważ znajduje się w dość bliskim sąsiedztwie naszej wynajmowanej kawalerki, i wtedy mówimy “a pamiętasz…”, “a jak myślisz…”, “szkoda…”, “ciekawe jakby to było…”.

Kilka dni po podpisaniu aktu notarialnego dostaliśmy telefon z zapytaniem, czy jednak nie chcielibyśmy kupić tej pierwszej działki, bo właściciel się namyślił i jednak sprzedaje. Eeee, nie, dzięki. Ostatnio przejeżdżałam koło niej rowerem jadąc do mamy i widziałam, że nic się na tamtym terenie nie zmieniło. Co do drugiej działki, to ktoś dość szybko ją kupił i już się buduje. Nie dziwię się, bo miejsce jest naprawdę magiczne. Mam tylko nadzieję, że wie o budowie drogi ekspresowej i zdecydował się na kupno działki z pełną świadomością.

Photo by Marisa van Velzen on Unsplash

Czego się nauczyłam?

Żeby się tak mocno nie nastawiać i nie spinać. 

No dobra, skłamałam. To jest zbyt zakorzenione w mojej naturze i nie potrafię się nie przejmować. Bardzo szybko się ekscytuję i galopuję w marzeniach i wyobrażeniach, a potem z hukiem upadam na ziemię. Tyłek boli, ale każde kolejne podnoszenie się jest łatwiejsze, bo uczę się jak się to robi.

Nauczyłam się, że mimo niepowodzeń warto dalej próbować. Gdzieś tam na końcu zawsze jest nagroda za trudy i kiedyś musi się udać – jak nie tym razem, to kolejnym. Nie ma innej opcji. Jeżeli nie jest dobrze, to znaczy, że to jeszcze nie koniec drogi.

Nauczyłam się też, żeby nie iść na łatwiznę. Jestem dumna z tego, że nie ugięłam się na samym początku, nie kupiliśmy pierwszego lepszego dostępnego mieszkania, a nasz pomysł na życie tak bardzo ewoluował. I choć początkowo przerażała mnie myśl o budowie domu – jak to wszystko ogarnąć? Pozwolenia, projekt, ekipa, kwestie techniczne, staranie się o kredyt, kosztorys, mnóstwo rzeczy o których nie mam zielonego pojęcia – zdałam sobie sprawę z tego, że nie muszę widzieć wszystkiego od razu, wystarczy małymi kroczkami, po troszeczku, konsekwentnie dążyć do celu. I choć wiele przed nami – załatwiania, wyborów, nerwów, nieprzespanych nocy – to wiem, że damy sobie radę.

Stworzymy nasze najwspanialsze miejsce na ziemi.

Karolina

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *