Co się zmieniło w naszym związku po ślubie – pierwsza rocznica

Przed ślubem słyszałam różne historyjki o tym, jak będzie wyglądało nasze życie po zawarciu związku małżeńskiego. Jakby to była jakaś wiedza tajemna, do której na razie nie mamy dostępu. Albo jakbyśmy mieli przekroczyć niewidzialną granicę, za którą znajduje się – w zależności od narracji – kraina mlekiem i miodem płynąca, bądź też bramy piekieł.

Po ślubie dostaliśmy wiele pytań – jak tam się żyje w małżeństwie, co się zmieniło, czy jesteśmy szczęśliwi, ale otrzymaliśmy również uśmieszki i docinki sugerujące, że teraz to już tylko położyć się do grobu, bo koniec życia i wolności.

W dniu ślubu byliśmy parą od ponad ośmiu lat. Poznaliśmy się w czasach, kiedy jeszcze chodziliśmy do szkoły, przeżyliśmy związek na odległość 250 km podczas pięciu lat moich studiów, a później zamieszkaliśmy razem już na stałe. Zaręczyliśmy się po pół roku wspólnego mieszkania, pobraliśmy półtora roku później. Za nami wzloty i upadki, zresztą przed nami również. Znamy się jak łyse konie, a mimo to potrafimy się zaskoczyć.

Małżeństwo było naturalnym krokiem naprzód w naszym związku. No właśnie – krokiem naprzód, a nie kamieniem milowym, po którego przekroczeniu zmieni się całe nasze życie. To tak nie działa. Ja jeszcze przed ślubem mówiłam, że w naszym przypadku małżeństwo niewiele zmieni, ponieważ i tak już żyjemy jak mąż z żoną, to tylko papierek cementujący związek. Większość moich rozmówców przyznawała mi rację, jednak część uparcie twierdziła, że nic nie wiem i “jeszcze zobaczę”.

No więc byłam, zobaczyłam, i śpieszę z odpowiedzią na pytanie, cóż takiego zmieniło się w naszym związku po roku od ślubu.

Mianowicie zmieniło się niewiele

Tak jak mieszkaliśmy razem, tak mieszkamy razem do tej pory. Tak samo pracujemy, spędzamy wspólnie czas, jemy posiłki, rozmawiamy, śpimy, oglądamy Netflixa, albo śledzimy kanały na Youtubie. Jeździmy na wycieczki, spacerujemy, odwiedzamy rodzinę. Mamy tych samych znajomych. Tak samo kłócimy się i godzimy, używając wciąż tych samych argumentów. Nadal uczymy się siebie z każdym dniem. Wciąż sprzeczamy się kto tym razem myje naczynia, albo kto odkurza. Wciąż w weekendy pijemy wspólną poranną kawę w łóżku. Chodzimy do ulubionych restauracji, do kina, do kawiarni (choć ostatnio wiadomo – nie było takiej możliwości). Oboje mamy potrzebę odrębności finansowej, więc mimo ślubu i formalnie wspólnych pieniędzy, nadal posiadamy dwa osobne konta, którymi każde z nas rozporządza samodzielnie. I tak – nadal zdarzają się nieporozumienia związane z finansami i szczerze wątpię, że kiedykolwiek znajdziemy takie rozwiązanie, żeby obie strony były w stu procentach usatysfakcjonowane. Również tak jak przed ślubem każde z nas ma prawo do czasu dla siebie, zaspokajania własnych potrzeb i rozwijania odrębnych pasji.

Ślub to nie jest magiczna granica, za którą znikają wszelkie nierozwiązane sprawy, konflikty i bolączki. Życie toczy się dalej, dotykają nas te same sprawy, problemy, na naszej drodze pojawiają się kolejne przeszkody. Tak jak w pierwszych dniach po ślubie towarzyszyła nam euforia i poczucie, że spotkało nas coś wyjątkowego, tak po powrocie z podróży poślubnej wskoczyliśmy w naszą szarą codzienność i byliśmy na to przygotowani.

Z drugiej strony to też nie jest tak, że po ślubie z pięknej narzeczonej robi się zrzędliwa, zapuszczona żona, a z muskularnego narzeczonego sflaczały mąż z piwem na kanapie. Bo po ślubie to już nie trzeba się starać, bo przecież cel został osiągnięty. To są wierutne bzdury. Zresztą, przestać dbać o siebie można na każdym etapie życia, niezależnie od tego czy jest się po ślubie czy też nie. Ja dbam o siebie przede wszystkim dla siebie – żeby czuć się dobrze sama ze sobą, być zdrową i sprawną zarówno fizycznie jak i psychicznie. Dbam o swoją kondycję, wrzucam na talerz w większości zdrowe i pyszne produkty, nie robię ze swojego żołądka śmietnika, dbam o swoją skórę, włosy i garderobę. Mój mąż nadal, tak jak od kilkunastu lat, chodzi na siłownię 3-4 razy w tygodniu (obecnie z utęsknieniem czeka na otwarcie siłowni i już zapowiada, że będzie chodził codziennie). Ma większe problemy z dietą, ale też lepszy metabolizm ode mnie i bardziej aktywny tryb życia – ze względu na pracę fizyczną i wrodzone, nieskończone pokłady energii. Nadal chcemy się sobie nawzajem podobać. Randkujemy, flirtujemy, ale też walczymy z codziennymi sprawami. Moim zdaniem to nie samo w sobie małżeństwo sprawia, że człowiek robi się z czasem zapuszczony i zasiedziany, tak samo jak związek nie robi się mniej satysfakcjonujący po latach tak dla zasady – to jest skutek mniej lub bardziej świadomej decyzji, podjętej wskutek lenistwa i zaniedbania.

Jak dla mnie te wszystkie przekonania dotyczące zmian po ślubie, niezależnie od tego czy na lepsze czy na gorsze, można spokojnie włożyć między bajki. To nie tak, że to co było złe, nagle zniknie i teraz to tylko cud, miód i orzeszki. To również nie tak, że to co było dobre, odejdzie w niepamięć, ponieważ teraz to już nie warto się starać.

Nadal jesteśmy tymi samymi ludźmi, którymi byliśmy rok temu, gdy wchodziliśmy do urzędu stanu cywilnego, by złożyć przysięgi małżeńskie. Jesteśmy tymi samymi ludźmi, którzy z niego wyszli już jako mąż i żona. I tymi samymi, którzy od wielu lat przeżywali razem radości i smutki. Ja nie stałam się nagle bardziej wymagająca i czepialska, mój mąż nie stał się bardziej niedomyślny czy gruboskórny. To co dobre i co złe już w nas było i widziały gały co brały. Nie ma cudownej przemiany żaby w księcia czy księcia w żabę. Jest odpowiedzialność za siebie i swoje czyny, niezależnie od stanu cywilnego.

A jednak coś się zmieniło

Mimo że fundamenty naszego związku pozostały takie same, to postawiliśmy na nich coś dodatkowego. To nie tak, że małżeństwo z miejsca niesamowicie nas do siebie zbliżyło i scaliło, ale kolejna dołożona cegiełka nie pozostała całkowicie bez echa.

Ja jestem jego, a on jest mój. Wiemy o tym my, nasza rodzina, nasi przyjaciele, ale wiedzą też ludzie w pracy, ekspedientka w sklepie czy kelner w restauracji. I czuję się z tym wspaniale, że ten człowiek jest moim mężem, że ja jestem żoną. Sama myśl o tym sprawia, że czuję się dumna – z siebie, z niego, z nas. Czuję się szczęśliwa, robi mi się ciepło na serduszku. Żona – to takie piękne słowo. Mąż – uwielbiam go tak nazywać. Małżeństwo – to brzmi tak poważnie, dumnie, tak dorośle. Tak jakbyśmy byli bardziej rodziną niż wcześniej, co na poziomie świadomości wydaje się idiotyczne, ale gdzieś tam głęboko jednak ma znaczenie. Podoba mi się to uczucie i jestem szczęśliwa, że podjęliśmy taką decyzję.

Noszę jego nazwisko. Z tego również jestem dumna. I kiedy podpisywaliśmy akt notarialny zakupu naszej działki, w którym znalazły się określenia “zamężna”, “żonaty”, “małżonkowie” i nasze wspólne nazwisko, łezki w moich oczach spowodowane były nie tylko nabyciem wspólnego gruntu, ale także poczuciem nierozerwalnej więzi duchowej. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Naprawdę czuję, że łącząca nas więź jest silniejsza dzięki temu, że staliśmy się małżeństwem. Wkroczyliśmy na wyższy level i czuję się z tym wspaniale. Zyskałam premię do mojego poczucia tożsamości jako kobiety, żony, przyszłej matki, a także do mojego poczucia bezpieczeństwa. Co prawda daleko mi do zagorzałej tradycjonalistki i na co dzień sprzeciwiam się wielu oczekiwaniom i rolom społecznym, które zostają mi narzucone tylko dlatego, że jestem kobietą. Lecz w tym przypadku dodanie do obrazu siebie kolejnej cegiełki w żaden sposób nie wpłynęło negatywnie na moją potrzebę poczucia niezależności czy odrębności. Żadne z nas nie zostało wchłonięte przez to drugie. Oboje coś zyskaliśmy, lecz równocześnie nie straciliśmy samych siebie.

I choć nadal dajemy sobie nawzajem przestrzeń, której każde z nas potrzebuje, to jednak w świetle prawa jesteśmy sobie bliżsi niż kiedykolwiek – od przywilejów związanych z załatwianiem spraw urzędowych czy odbioru przesyłki za małżonka, poprzez zabezpieczenie naszych wspólnych interesów i pieniędzy. Jesteśmy nawzajem uprawnieni do dowiadywania się i decydowania w momencie, jeśli kiedykolwiek któreś z nas wyląduje w szpitalu. W świetle prawa, druga osoba jest uprawniona do dziedziczenia czy rozporządzania wspólnym majątkiem. Nasze dzieci będą korzystać z przywileju domniemania ojcostwa męża. Choć na poziomie codziennym na ten moment nie odczuliśmy prawie żadnej różnicy, to wiem, że w przyszłości w różnych sytuacjach prawnych małżeństwo może nam wiele ułatwić. Na to zgodziliśmy się umyślnie, zawierając związek małżeński, świadomi praw i obowiązków…

Po co ślub?

Kiedy jeszcze przed ślubem, czy nawet już po mówiłam, że właściwie nic się nie zmieniło, nie raz otrzymałam pytanie: “to w takim razie po co ślub?”. Jakoś nigdy nie potrafiłam na to odpowiedzieć, nie potrafiłam poukładać sobie w głowie tego, co chodzi mi gdzieś w podświadomości. Rok po ślubie znalazłam odpowiedź.

Nic się nie zmieniło na poziomie naszego codziennego funkcjonowania i dokładnie to miałam na myśli mówiąc, że nie spodziewam się zmian. I to się sprawdziło.

Równocześnie zaszły ogromne zmiany w nas, we mnie, na poziomie psychicznym i duchowym. Potrzebowałam tego i przeczuwałam już wcześniej, lecz nie potrafiłam ubrać w słowa. 

Czuję stabilność, bezpieczeństwo, dumę, więź, przeznaczenie, a równocześnie ciężar i wagę świadomego wyboru. Czuję jeszcze większą miłość, ponieważ oboje przyrzekliśmy sobie, że będziemy razem na dobre i na złe. Czuję się silniejsza, dojrzalsza, piękniejsza, pełniejsza. Paradoksalnie czuję się bardziej wolna, niż przed ślubem, ponieważ mimo patrzenia w tę samą stronę, każde z nas zachowało swoją przestrzeń i nie boimy się wyrażać w niej siebie, ponieważ wiemy, że akceptujemy siebie nawzajem takimi, jakimi jesteśmy. 

Nasza codzienność nie jest usłana samymi płatkami róż, czasem nadepniemy na cierń, czasem się o to pokłócimy. Czasem mamy siebie dość i przeklinamy naszą małą kawalerkę. A po chwili tulimy się do siebie i zasypiamy w swoich objęciach, mimo złości, mimo przykrych słów, mimo nieporozumień. Podejmujemy świadomą decyzję o byciu razem każdego dnia, każdego dnia wybieramy siebie i nie wyobrażamy sobie życia bez denerwującej obecności tej drugiej osoby.

Dzięki tym wszystkim uczuciom wiem, że podjęliśmy dobrą decyzję, że to właściwy człowiek. Życzę takiej pewności każdemu, kto planuje stanąć na ślubnym kobiercu, bądź już złożył sakramentalne tak. Bo to wspaniałe uczucie.

Nasze zdjęcia ślubne wykonała Kasia Patela z Fotografiarni

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *