Site Loader

Kiedy kupiliśmy działkę w październiku zeszłego roku, mieliśmy nierealne – teraz już to wiem! – wyobrażenie o tym, kiedy uda nam się rozpocząć budowę. Oczywiście moim zdaniem nasz założony termin – kwiecień tego roku – byłby jak najbardziej możliwy, gdyby nie kilka czynników, które pokrzyżowały nasze plany. Dla uproszczenia nazwę je wszystkie pojemną i niewiele mówiącą kategorią “formalności”.

Wybór projektu

O to to! Wiedziałam mniej więcej co mi się podoba i byłam przekonana, że pójdzie raz-dwa. Nie poszło. Do tego mąż od początku uważał, że ja wszystko za szybko chcę obmyślać i wybierać, bo mamy kuuuupę czasu. No z tą kupą to wyszło tak, że wybieraliśmy projekt przez jakieś dwa miesiące, bo to nie pasuje tamto nie pasuje, a ten za duży, a ten za szeroki, a ten ma za dużo pokoi, a ten za mało, a ten źle usytuowany względem słońca i w ogóle nie w tę stronę, a z tamtym to nie bardzo, bo od zewnątrz dziwnie wygląda, a ten to ma w środku nielogicznie wszystko rozplanowane… I naprawdę nie pomogło to, że na początku stycznia mąż cały czas uważał, że to za wcześnie, żeby iść do architekta.

Wybór architekta

Noooo, jak projekt wybrany, zmiany przemyślane, to teraz już z górki, prawda? No nie. Najpierw trzeba znaleźć idealnego architekta. A taki idealny architekt to powinien być: 

  • z polecenia, no bo przecież nie będziemy ryzykować, że trafi się nam jakaś chodząca porażka; 
  • komunikatywny i profesjonalny, no bo heloooł, ma się znać na swojej pracy, nadawać na tych samych falach, rozumieć o co nam chodzi i podpowiedzieć kilka rozwiązań; 
  • dostępny i z relatywnie krótkim terminem – przecież cały czas zależało nam, żeby rozpocząć budowę wiosną, a więc potrzebowaliśmy kogoś, kto bez zbędnego przedłużania zrobi co trzeba,
  • załatwi za nas potrzebne formalności – ach, znów to piękne słowo “formalności”. Co prawda ja się naczytałam co trzeba załatwić, ale mój mózg nie był w stanie wszystkich informacji naraz ogarnąć i połączyć w jedno. Chcieliśmy, żeby architekt załatwił za nas wszelkie niezbędne uzgodnienia, w tym media oraz przygotował i złożył za nas całą wymaganą dokumentację do pozwolenia na budowę. Bo nie zamierzaliśmy udawać, że się na tym znamy.

Do tego wszystkiego nasz wymarzony architekt miał być nieprzesadnie drogi. Zrobiliśmy więc rozeznanie cenowe w internetach oraz po znajomych, a później zaczęliśmy szukać… i szukać… i szukać… naszego wspaniałego, jedynego, idealnego architekta. 

Jak się pewnie domyślacie, bardzo szybko sprawdziło się stare dobre powiedzenie, czyli: jak ma być tanio i szybko, to nie będzie dobrze, jak ma być dobrze i szybko to nie będzie tanio, a jak ma być tanio i dobrze, to nie będzie szybko. Jako że zderzenie cen z naszego rozeznania i cen rzucanych przez architektów okazało się być dla nas okrutne i szokujące, podążyliśmy za ostatnią opcją – ach te Janusze i Grażyny biznesu…

Warunki przyłączenia mediów

Tutaj popełniliśmy błąd, przyznaję się bez bicia. Powinniśmy od razu pójść prosto do odpowiednich instytucji z wnioskiem o przyłączenie mediów, ale nie poszliśmy. Dlaczego? Bo przejrzeliśmy te wnioski z których niewiele rozumieliśmy i stwierdziliśmy, że architekt ogarnie je za nas. Ostatecznie, mimo że z naszą wybraną (HURRA!) architektką uzgodniliśmy, że tak, tak, ona się tym zajmie, to jedynie pozaznaczała nam ołóweczkiem parametry i kazała się przejść do instytucji. W ten sposób straciliśmy kupę czasu, bo mogliśmy to złożyć jeszcze zanim podpisaliśmy umowę z architektką (co trwało parę tygodni), a wszystko powiedziałyby nam przemiłe panie zajmujące się danymi mediami. Architektka nie kiwnęła palcem z projektem, dopóki nie dostaliśmy wszystkich uzgodnień, a najdłużej czekaliśmy na prąd – prawie cały miesiąc.

Geodeta, geolog…

I znowu wtopa. Co prawda badanie geotechniczne wykonał nasz znajomy, więc poszło trochę szybciej, ale geodetę również mogliśmy wziąć swojego, żeby wszystko usprawnić. I zlecić mu wykonanie mapy do celów projektowych już w czasie oczekiwania na uzgodnienie mediów. Bo niestety – ani architektce, ani zleconemu przez nią geodecie w ogóle się nie śpieszyło, a jak wspomniałam wyżej – dopóki nie było uzgodnionych mediów, nic innego nie zostało ruszone…

Uzgodnienie projektów instalacji 

Pewnego dnia otrzymaliśmy od architektki wspaniałą wiadomość – projekt gotowy! Teraz tylko przekazuje go do uzgodnienia branży instalacyjnej i chwila moment złoży wniosek o pozwolenie na budowę do urzędu! Tyle że nasza “chwila” i jej “chwila” to okazały się zupełnie inne pojęcia i od tamtego momentu na złożenie wniosku czekaliśmy kolejny miesiąc. 

Taka jest wersja oficjalna – architektka cały czas na coś czekała. Czekała tak długo, że nasza adaptacja projektu trwała łącznie cztery miesiące. Czy dało się to zrobić szybciej? Moim zdaniem oczywiście, że tak, a powodów przeciągania mogło być kilka. Ale czasu już nie cofniemy, a człowiek (Janusz z Grażynką) niestety mądry po szkodzie.

Koronawirus

Nie odczuliśmy specjalnie, żeby to koronawirus był powodem przedłużenia się naszego oczekiwania na tym etapie. Jeżeli chodzi o warunki przyłączenia mediów, to uzyskaliśmy je jeszcze przed wprowadzeniem poważnych obostrzeń. Geodeta, geolog, architektka – te osoby cały czas prowadziły swoją działalność. Większy problem zaczął się w momencie kontaktów z urzędem miasta, choć duże znaczenie miało też to, że nasz wniosek został złożony tuż przed wakacjami.

Wiecie, kiedy wybuchła epidemia, trochę zaczęliśmy się obawiać, czy warto teraz inwestować wszystkie nasze oszczędności. Przedłużający się etap formalności zdjął z nas ciężar podejmowania decyzji, w tych pierwszych, totalnie dezorganizujących rzeczywistość miesiącach, więc może to i dobrze?

Wszczęcie postępowania w sprawie pozwolenia na budowę

To nie takie proste. Mimo że wcześniej rozmawiałam z panią z urzędu i wiedziałam, jakiego terminu mniej więcej się spodziewać, to nie sądziłam, że wszystko aż tak się przedłuży przez okres wakacyjny. Najpierw oczywiście wniosek wrzucony do specjalnej urny przeszedł kwarantannę (koronawirus), a zanim trafił do odpowiedniej osoby, minęło kilka dni. Później zaczął się na dobre sezon urlopowy. Wiem, że sporo urzędników rozpoczęło swoje wakacje, a także że do urzędu wpłynęło naprawdę dużo wniosków o pozwolenie na budowę. Nasza pani urzędnik poleciła architektce uzupełnić wniosek o jakieś dokumenty i udała się na urlop. Architektka olała temat i doniosła wymagany dokument dopiero po naszej interwencji po powrocie urzędniczki z urlopu. Tak oto minął pierwszy miesiąc oczekiwania.

Co dalej?

Kiedy (nareszcie!) doszło do weryfikacji projektu, pani urzędniczka wezwała naszą architektkę do uzupełnienia kilku braków i niezgodności. Nie jest to długa lista, a zawiera takie pozycje jak “brak danych dotyczących wysokości ogrodzenia i rodzaju materiałów zgodnie z obowiązującym planem zagospodarowania przestrzennego”. Na uzupełnienie braków jest 21 dni, więc stawiam na to, że właśnie tyle czasu zejdzie architektce. A co później?

Czekamy. Cały czas czekamy. Tak oto mijają wakacje, a my jak nie rozpoczęliśmy budowy, tak w najbliższym czasie nie rozpoczniemy. Obecnie planujemy “wbicie pierwszego szpadla” na przełomie września i października, ale czy tak właśnie będzie? Zobaczymy. Trzymajcie kciuki!

Karolina

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *